Jak oszczędziłem 413,81 zł na ogrzewaniu? Praktyczne porady na nowy sezon grzewczy

Jak oszczędzić na ogrzewaniu?

Dostałem właśnie rozliczenie ze spółdzielni za poprzedni(!) sezon grzewczy. Tytułowa kwota to moja nadpłata, którą mają mi zwrócić.

I w sumie te 400-kilka złotych oszczędności to mało powiedziane. Bo to tylko kwota nadpłaty, a przecież mogłem mieć niedopłatę. A zdarzało mi się już dopłacać spółdzielni po kilkaset złotych – i to nie było fajne uczucie.

Teraz role się odwróciły. Czytaj dalej i zobacz, jakie rozwiązania możesz zastosować u siebie we właśnie rozpoczynającym się sezonie grzewczym.

Na początek disclaimer. Wszystko, o czym piszę poniżej, dotyczy moich warunków mieszkaniowych. Czyli: kawalerka, centralne ogrzewanie, czynsz do spółdzielni podnoszony zimą i jesienią właśnie w związku z opłatami za ogrzewanie.

Jeżeli mieszkasz w domu jedno- lub wielorodzinnym i/lub ogrzewasz swój lokal w inny sposób niż ja, to możliwe, że część z tych porad się u ciebie nie sprawdzi, a ta lista nie będzie dla ciebie wyczerpująca. Ale to nic! – pewne rzeczy i tak pozostają uniwersalne.

A teraz konkrety.

Oszczędzam na ogrzewaniu, ale bez przesady. Nie chcę marznąć, ani spędzać całej zimy chorując. Sądzę, że akurat tutaj jestem bardzo blisko „złotego środka” między oszczędnościami a osobistym komfortem.

Nigdy nie zostawiam włączonego kaloryfera, gdy mam otwarte okna

To jest chyba największy grzech. Gdy zapominałem o nawyku „zakręcania” grzejnika podczas wietrzenia pomieszczeń, to zawsze miało to bardzo przykre skutki na rachunkach. Dlatego teraz bardzo tego pilnuję.

Jak wietrzę, to na krótko

A gdy już otwieram okna, to na góra 5-10 minut. Ale wtedy otwieram okna w każdym pomieszczeniu, otwieram też drzwi do mieszkania i robię przeciąg. Wietrzę krótko i intensywnie. „Wymieniam” powietrze w mieszkaniu nie dając przy tym okazji by ściany i meble zbytnio się „wyziębiły”.

Gdy nie ma mnie w domu, to nie grzeję

W większych rodzinach pewnie trudniej jest to zorganizować, co chwila ktoś wchodzi i wychodzi i rzadko kiedy nikogo nie ma w domu. Ale mieszkając samemu lub we dwójkę łatwo to dograć (o ile wychodzi się i wraca z pracy o w-miarę-podobnych porach).

Prosty nawyk: zakręcanie grzejników przed wyjściem z domu. To daje realne oszczędności, bo grzejniki nie pracują, gdy nie mają po co. Jedyny koszt to pamiętanie o tym, że przed wyjściem trzeba wykonać jeszcze jedną czynność. Niestety nie mam „inteligentnych” termostatów, które mógłbym raz-na-zawsze zaprogramować (albo takich, które same nauczyłyby się moich zwyczajów – jak Nest), więc muszę robić to ręcznie. Ale to szybko wchodzi w nawyk.

Wiąże się z tym też taka niedogodność, że z pracy wracam do zimnego mieszkania, ale nie przeszkadza mi to.

Na noc robię trochę chłodniej

Lepiej mi się zasypia, gdy w mieszkaniu jest trochę chłodniej niż zazwyczaj. I chyba nie jestem w tym jedyny. Temperatura otoczenia ma istotny wpływ na to, jak zasypiamy.

Dlatego każdego wieczora skręcam grzejnik o jeden poziom w dół. To kolejna rzecz, którą trzeba dodać do codziennej rutyny, ale to przecież tylko chwila. Za to w tym przypadku mam dwie korzyści w jednym: wzrasta komfort snu, jak i rosną oszczędności. Fajnie!

Nie chodzę po mieszkaniu boso i w samym podkoszulku

A tutaj akurat poświęcam trochę komfortu, ale w granicach rozsądku. Nie mam nic przeciwko, by zimą trochę cieplej się ubierać będąc w mieszkaniu. Zamiast nastawiać grzejniki na „4” lub „5”, po prostu ubieram sweter. I na pewno nie chodzę po mieszkaniu boso, bo to bardzo istotnie wpływa na odczuwanie chłodu.

A poza tym mam trochę łatwiej, bo generalnie jestem zimnolubny ;).

Obserwuję stan podzielników

Tak jak systematycznie kontroluję budżet domowy, tak też co miesiąc sprawdzam stan wszystkich liczników, w tym podzielników ciepła. Dzięki temu jestem w stanie wyłapać różne anomalie – i jeżeli w jakimś miesiącu mam nagły wzrost wskazań, to wiem, że coś poszło nie-tak.

Daję grzejnikom grzać

Niczym ich nie zastawiam, nic na nich nie stawiam, regularnie odkurzam. W ten sposób mogą pracować z optymalną wydajnością. Stawianie np. kanapy tuż przy grzejniku negatywnie wpływa na jego działanie.

Trochę mi to zajęło, ale znalazłem swoją granicę komfortu cieplnego

Typowa temperatura, którą ludzie utrzymują w swoich mieszkaniach, to coś w okolicach 20-21 stopni. Ja się dobrze czuję jak jest 19-20 stopni. 18 to już stanowczo za mało.

Warto z tym trochę poeksperymentować i na dzień lub dwa obniżyć temperaturę na przykład o jeden stopień, w stosunku do tego, jak jest zazwyczaj. Być może wcale nie odczujesz obniżenia komfortu, za to jeżeli wytrwasz w tej niższej-niż-zazwyczaj temperaturze, to twoje rachunki spadną o 5-7% za każdy stopień mniej.

Pewnie trochę „jechałem na gapę”

W związku z tym, że w moim mieszkaniu jest chłodniej niż przeciętnie, to pewnie „podkradałem” trochę ciepła od sąsiadów. Zwłaszcza od tych, co grzeją na 22-23 stopnie. Ciepło wędruje tam, gdzie jest zimniej, czyli po pierwsze na zewnątrz, ale też w stronę pomieszczeń i mieszkań, w których jest chłodniej.

Nie grzeję już od samego początku sezonu

I na koniec – nie włączam grzejników od razu gdy tylko na klatce pojawi się ogłoszenie, że rozpoczął się sezon grzewczy. Zazwyczaj przez cały październik udaje mi się nie dotykać termostatów, chyba, że robi się już wyjątkowo zimno jak na tę porę roku.

Najważniejsze to nie przesadzić i trzymać się tych ustalonych granic komfortu cieplnego. Oszczędności nie są warte utraty zdrowia.

Mam nadzieję, że przynajmniej kilka z wymienionych wyżej rad pomoże ci zmniejszyć swoje rachunki za ciepło. A jeżeli masz też swoje sposoby na oszczędności w tym zakresie, to proszę podziel się nimi w komentarzach! Dzięki!

Opublikowano [post_date]. Fot. Mikko Luntiala.

Podobał Ci się ten artykuł? Bądź na bieżąco z nowościami na blogu