Polemika „na żywo” z Finansowym Ninja – rozdziały trzeci i czwarty

Nawyki związane z prowadzeniem domowego budżetu, pewne uproszczenia w obliczeniach i wycena własnego czasu to główne punkty zapalne mojej dyskusji z kolejnymi rozdziałami Finansowego Ninja.

To druga część mojej polemiki z niedawno wydaną książką Michała Szafrańskiego — Finansowy Ninja.

Po wszystkie disclaimery, powody powstania tej polemiki, to czym jest i czym nie jest i dlaczego wygląda tak a nie inaczej — a także po krytykę rozdziałów 1 i 2 — zapraszam do pierwszej części.

Tu tylko dla porządku powtórzę: w tej polemice nie chodzi o wytykanie błędów, tylko o pokazanie innej perspektywy na opisywane przez Michała sprawy. Czasami jest to perspektywa nie-warszawska, czasami nie-rodzinna, czasami z punktu widzenia osoby uzyskującej niższe dochody niż Michał. Każdy z nas jest w innej sytuacji (finansowej, życiowej) i rożne — opisywane na blogach i w książkach — sposoby na poprawę tej sytuacji mogą sprawdzić się u nas lepiej lub gorzej niż u autora.

No to teraz do rzeczy.

IMG_6884

Muszę zaznaczyć, że bardzo doceniam to jak „lekko” książka została wydana. Nie ciąży na rowerze :)

Przechodząc przez rozdział trzeci — opisujący budżet domowy i inne narzędzia do zarządzania osobistymi finansami — miałem obawę, że z tą dalszą polemiką będzie trudno. Z za wieloma rzeczami się zgadzam! Ale szczęśliwie im dalej do przodu, tym więcej kwestii, z którymi miałem ochotę dyskutować.

Na tyle, że dyskusja z tylko i wyłącznie trzecim rozdziałem przerodziła się w materiał, który właściwie zdominował ten tekst.

Budżet domowy — różne podejścia, różne efekty

Z budżetem domowym miałem największy problem. Bo trudno mi się nie zgodzić z zasadami, które opisuje Michał. Więcej — sam mam przecież cały cykl artykułów o prowadzeniu domowego budżetu i nasze wnioski są z reguły spójne. Dlatego tu skupię się głównie na niuansach i prezentowaniu nieco innych podejść do problemów, które znajdziecie w Finansowym Ninja.

Czy warto być dokładnym?

Na początku przydaje się zaokrąglanie kwot — najlepiej do dziesiątek złotych. Nie trać czasu i energii na dokładność. (s. 74)

No i to jest jeden z tych niuansów, z którymi nie mogę się zgodzić. Sam miałem różne fazy przy prowadzeniu budżetu domowego — kilka razy przechodziłem przez zaokrąglanie i przybliżone wartości, kilka razy przez absolutną dokładność co do grosza. I powiem tak: jeżeli chcesz mieć system, któremu możesz zaufać, to ten system musi być dokładny. Jeśli chcesz wiedzieć, dokąd idą Twoje pieniądze, to nie możesz ujmować w nawias końcówek i stosować zaokrągleń.

Zaczynanie od drogi na skróty, od niedokładnego budżetu i zaokrąglanie kwot to wyrabianie sobie już na starcie złych nawyków, z którymi potem trzeba będzie walczyć. Masz w ręku ten paragon — co Ci szkodzi spisać dodatkowe dwie cyfry po przecinku?

Kiedy i jak często spisywać wydatki?

Możesz je notować albo codziennie wieczorem, poświęcając na to dosłownie 10-15 minut (taka metoda sprawdza się na początku, bo pozwala wyrobić w sobie nawyk systematyczności), albo raz w tygodniu (ja tak robię). W tym drugim przypadku wygospodaruj sobie 1-2 godziny w sobotę i wtedy spisz wydatki z całego tygodnia. (s. 85)

I to jest ten moment, w którym do gry wchodzą osobiste preferencje. A mnie osobiście stos paragonów zniechęca do czegokolwiek. A jak już do czegoś zachęca, to wyłącznie do jednej rzeczy — do odłożenia tego smutnego obowiązku na później.

20160829_044033020_iOS

Poza tym, w ciągu tygodnia (czy nawet jednego dnia) papiery mają jakąś taką dziwną tendencję do zawieruszania się. Jakiś bilet komunikacji miejskiej, napiwek w restauracji, o jedno piwo za dużo w sobotę — to są rzeczy, o których na drugi dzień mogę nie pamiętać.

Dlatego też jestem zwolennikiem i sam praktykuję spisywanie wszelkich wydatków od razu, tuż po tym jak nastąpią. Wychodzę ze spożywczaka i już podczas spaceru do domu wklepuję zawartość rachunku w telefon.

Korzystam do tego z aplikacji HomeBudget na iOS. Ale jest cała masa innych rozwiązań, które można wykorzystać do tego celu. Jest Kontomierz, jest mobilny Excel, jest WydatkoNotes. Ta ostatnia aplikacja jest o tyle ciekawa, że możesz zeskanować paragon, a appka dzięki funkcji OCR sama wyłapie nazwę towaru lub usługi i kwotę. Jeżeli poszczególne elementy rachunku zostaną przez nią rozpoznane, to dodatkowo automatycznie przyporządkuje je do odpowiednich kategorii wydatków.

Czy to rozwiązanie dla każdego? Na pewno nie. Ale jeżeli spisywanie paragonów raz-na-jakiś-czas się u Ciebie nie sprawdziło, to warto wypróbować tę metodę ze spisywaniem wszystkiego od razu.

Ile i na co?

Michał proponuje następujący model dysponowania dochodami w budżecie domowym (s. 97):

modelowybudzet

A ja jakiś czas temu pisałem o modelu 50/30/20:

  • 50% na potrzeby
  • 30% na zachcianki
  • 20% na oszczędności

Tylko, że to jest tekst sprzed czterech lat — dziś mógłbym z nim dyskutować na tej samej zasadzie, na jakiej dyskutuję teraz z książką Michała. Bo przecież sam wówczas pisałem, że budżet nie musi być dokładny, a zaokrąglenia kwot są w porządku. A teraz kilka akapitów wyżej piszę coś innego. Na pozór sprzeczność — ale zaufajcie mi, że to nie do końca tak.

Każdy z nas jest w innym momencie życia i kariery. W ciągu kolejnych lat będziemy przechodzić przez kilka różnych etapów — rzeczy się zmieniają, a już na pewno nasza perspektywa i potrzeby. Nie ma jednego modelowego podziału wydatków i oszczędności, do którego warto dążyć i którego trzeba się kurczowo trzymać latami. Nie ma jednego najlepszego sposobu, który sprawdzi się u wszystkich. Inaczej będzie to działać u Ciebie, inaczej u Michała, inaczej u mnie. A nawet coś, co działa u Ciebie dziś, równie dobrze może stać się przeszkodą i utrapieniem za kilka lat. Jak więc do tego wszystkiego podchodzić? Próbuj różnych rzeczy, eksperymentuj i weryfikuj co najlepiej sprawdza się u Ciebie.

To, co istotne, to zdawać sobie sprawę z tego, że:

  • jeżeli Twój budżet domowy to w większości wydatki stałe i raty kredytów, to coś jest nie tak. Wziąłeś lub wzięłaś na siebie zbyt dużo zobowiązań i najwyższa pora, aby ograniczyć wszelkie wydatki brane na kredyt czy rozkładane na raty.
  • jeżeli w Twoim budżecie nie ma żadnego miejsca na oszczędności, to znaczy, że nie budujesz własnego majątku. Jeśli żyjesz od pierwszego do pierwszego, przejadasz wszystkie dochody — to taka lektura jak Finansowy Ninja jest Ci zdecydowanie potrzebna.
  • nie warto doprowadzać oszczędnego trybu życia do przesady. Jeżeli Twój budżet nie jest już w trybie kryzysowym (tj. nie masz już żadnych pilnych długów do spłaty i posiadasz już rozsądny fundusz bezpieczeństwa) to dobrze, by było w nim też miejsce na zachcianki. W końcu po coś zarabiamy te pieniądze.

Syndrom początkującego biegacza

Kalkulator finansowy to całkiem przydatne narzędzie. Jest jednak jedno „ale”…

Takie aplikacje powinny pojawić się na końcu. Na początku musi być świadomość i rozumienie skąd w ogóle biorą się kwoty, które wklepujemy w kalkulator i które on potem przedstawia jako wynik.

Jest takie zjawisko jak syndrom początkującego biegacza. W ten sposób opisuje się osobę, która ściągnie sobie najróżniejsze aplikacje do śledzenia treningów, zainwestuje w smartwatche lub opaski fitnessowe, odzież sportową, i tak dalej — ale dopiero na końcu zabierze się za bieganie. O ile w ogóle.

Najważniejsza staje się cała otoczka i didaskalia, za to faktyczny cel ląduje gdzieś na marginesie. Nie tak powinno być.

W idealnym scenariuszu, kalkulator finansowy powinien być ułatwieniem do przeprowadzania obliczeń, które już rozumiesz i potrafisz przeprowadzić samodzielnie:

  • chcesz znać prawdziwy koszt kredytu? Dowiedz się czym jest RRSO, jak się je liczy i czego możesz się z niego dowiedzieć
  • chcesz znać faktyczny zysk z lokaty? Musisz wiedzieć, jaki wpływ na to ma częstotliwość kapitalizacji i ile z tego zysku zabiera podatek

Gołe liczby w niczym Ci nie pomogą, jeżeli nie wiesz skąd się biorą i co oznaczają.

Niepotrzebne uproszczenia

Rozważmy bardzo prosty scenariusz. Załóżmy, że na lokatę terminową wpłacasz 1 tys. zł, a jej oprocentowanie wynosi 5% roku. Zazwyczaj w przypadku takiej lokaty kapitalizacja jest dokonywana raz do roku — dopiero po jej zakończeniu. Łatwo policzyć, że na koniec roku będziesz miał 1050 zł (dla uproszczenia przykładu nie uwzględniam tutaj podatku od zysków kapitałowych, tzw. podatku Belki) (s. 111)

Rany… po prawie siedmiu latach prowadzenia bloga o finansach znam to aż za dobrze. Uproszczenia są kuszące. Z jednej strony ułatwiają wszelkie obliczenia, pomagają w udowodnieniu słuszności przeprowadzonego w tekście rozumowania, a podawane przykłady — dzięki większym i ładniej zaokrąglonym kwotom — bardziej przemawiają do wyobraźni Czytelników.

Sam jestem winien dokonywania uproszczeń w co najmniej kilku przypadkach.

Przykład z Finansowego Ninja chcę jednak wypunktować, bo pojawia się w rozdziale mówiącym o procencie składanym. A tam przecież każdy ułamek procenta się liczy! Zresztą, Michał sam o tym pisze niedługo później:

Każde 0,5% ewentualnych opłat i prowizji powoduje, że zyski mogą się nie tylko zmniejszyć, ale nawet całkowicie zniknąć. (s. 115)

No to czemu pomijać podatek przy obliczeniach dotyczących lokat i inwestycji? Przecież w przypadku opisywanej lokaty, to nawet nie pół punktu procentowego, ale jeden punkt procentowy zysku mniej. To ma istotny efekt.

Dla uczciwości — Michał w kilku miejscach tego rozdziału wspomina o podatku i podaje jego kwotę. Ale pomija go w kilku kluczowych przykładach. No a ja jestem tu po to, by to naprawić (s. 115):

procentskladany

To pokazuje kilka rzeczy:

  • W długoterminowej perspektywie, nawet drobiazgi mają znaczenie. W tym przykładzie uwzględnienie podatku robi różnicę prawie 8000 zł w najdłuższym horyzoncie czasowym. O to właśnie chodzi z tym całym procentem składanym — kropla drąży skałę.
  • W przykładzie użyto lokaty na 1000 zł — w przypadku większych kwot różnice będą jeszcze bardziej rażące.
  • Przeprowadzając własne obliczenia uwzględniaj jak najwięcej danych — unikniesz później rozczarowań.
  • Jeżeli myślisz o swoich inwestycjach i oszczędnościach w długiej perspektywie czasowej, warto włożyć wysiłek w to, by wyrwać ten dodatkowy punkt procentowy czy dwa. Dziś wygląda to na niewiele, ale za X lat różnice będą znaczące.

No i przede wszystkim: wszystkich przedstawianych (tu, w książkach, przez doradców finansowych) obliczeń dokonuj samodzielnie i z uwzględnieniem własnych warunków i obecnej sytuacji rynkowej i prawnej.

Na Metafinansach znajdziesz artykuły z czasów, w których podatku Belki nie było. Z czasów, kiedy VAT wynosił 22%. Z czasów, kiedy lokaty na 8-9% w skali roku to była norma. Ktoś, kto będzie Finansowego Ninja czytał za rok czy kiedykolwiek indziej w przyszłości, też może mieć do czynienia z innymi warunkami.

Dlatego wszystkie kalkulacje warto powtarzać samemu. Nie ufaj książce. Nie stosuj uproszczeń, staraj się uwzględnić wszystkie dane — na tyle, na ile możesz. Wtedy będziesz najbliżej prawdziwego wyniku.

Jak policzyć wartość czasu? Wcale nie tak prosto!

Michał wśród sposobów na poznanie wartości własnego czasu podaje wzór na obliczenie kosztu każdej swojej godziny:

Koszt czasu = pensja na rękę * 12 / 8760 godzin (szczegóły na stronie 136)

A potem przechodzi od przykładów utraconych zysków, gdy teoretycznie marnujemy czas (siedząc bez sensu przed telewizorem lub wykonując czynności, które moglibyśmy zlecić komuś innemu):

Widać jednak, że gdyby zamiast oglądania telewizji przez dwie godziny Agata poświęciła ten czas na pracę, mogłaby zarobić dodatkowe 48 zł każdego dnia. (s 137)

Tu znów wplątana jest cała masa uproszczeń i założeń. Przeznaczenie dodatkowego czasu na pracę nie zawsze przekłada się na dodatkowe złotówki. Pisząc z perspektywy biurowej klasy średniej — powiem nawet, że rzadko kiedy.

Ręka do góry: komu sprawdzenie służbowych maili w weekend powiększyło stan konta? Bo mi zazwyczaj podnosi wyłącznie ciśnienie.

Nie zgadzam się też z samą zasadą odnoszenia naszej etatowej pensji godzinowej do wyceny wolnego czasu. Jeżeli ktoś chce kupić kawałek mojego czasu wolnego (np. firmy, które chcą nawiązać współpracę z blogiem lub jacykolwiek inni klienci na „fuchy” związane z moim głównym zawodem), to godzin pracy na pewno nie będę wyceniał według mojego etatowego cennika.

Ta cena będzie wielokrotnie wyższa — przede wszystkim dlatego, że czas wolny to zasób ekstremalnie ograniczony i sam mam go coraz mniej.

No i jeszcze jedno. Czy każdą godzinę powinniśmy przeliczać na pieniądze? Jeżeli jesteś na spotkaniu z przyjaciółmi i myślisz sobie „siedzę tu już dwie godziny, mógłbym (lub mogłabym) w tym czasie zarobić 100 zł!” to robisz coś źle.

Tu akurat się zgadamy:

Czas, którego marnowanie sprawiło Ci przyjemność, nie jest czasem zmarnowanym. (s. 138)

Jak będzie wyglądać Twoja emerytura?

Ten rozdział mogę wyłącznie nieco uzupełnić, bo zgadzam się praktycznie ze wszystkim. Michał świetnie prowadzi czytelników przez obliczenia i tworzenie własnego planu emerytalnego — od prostego modelu, aż po ten pełny, z uwzględnieniem podatków, inflacji i części emerytury pochodzącej od ZUS.

Na Metafinansach przeprowadzałem podobne obliczenia w tekście o emeryturze z OFE i ZUS.

Czy masz w ogóle szansę coś zmienić?

Nie wierzę w to, że każdy ma równe szanse. Wierzę jednak, że to, gdzie zaczynamy naszą podróż, nie determinuje naszej przyszłości. (…) Może Ci być dużo trudniej niż innym, ale im wcześniej zabierzesz się do pracy nad własnymi finansami, tym większe szanse na to, że w końcu osiągniesz sukces. (s. 198)

Gdy Alicja przywołała ten fragment w komentarzach pod pierwszą częścią polemiki (link: komentarze), to w pierwszym odruchu chciałem się z tym nie zgodzić. Już znowu miałem zamiar cytować badania dowodzące jak trudny (lub niemal niemożliwy) jest dziś awans społeczny. Ale po dłuższej refleksji — to nie do końca tak.

Historie czytelników, które przytacza Michał, pokazują, że poprzez pracę nad własnymi nawykami możemy istotnie zmienić naszą sytuację finansową. Wyjść z długów, kontrolować budżet, gromadzić oszczędności. Więcej — nawet historia moja i Metafinansów wpisuje się w ten model. Dziś jestem w zupełnie innym miejscu — finansowo i życiowo — niż te sześć czy siedem lat temu, gdy pojawiał się tu pierwszy wpis. Do bezpieczeństwa finansowego dochodziłem systematycznie stosując wskazówki, które tu opisuję.

Także tak — mamy wpływ na własną sytuację finansową i możemy zmienić ją na lepsze. A że po drodze nie zostaniemy CEO korporacji i nie dorobimy się milionów jak w „amerykańskim śnie”? No trudno.

Podobał Ci się ten artykuł? Bądź na bieżąco z nowościami na blogu