Finansowy Ninja byłby lepszą książką bez tego rozdziału. Polemika „na żywo”, r. 7 – 10

Ostrzyłem sobie zęby na przedostatni rozdział Finansowego Ninja — ten o „optymalizacji podatkowej”. No i nie zawiodłem się! Tak jak wcześniej z pewnymi rzeczami nie zgadzałem się raczej od strony merytorycznej (tj. proponując alternatywne sposoby na osiągnięcie podobnych celów finansowych), tak tutaj nie zgadzam się przede wszystkim światopoglądowo.

To czwarta i ostatnia część polemiki „na żywo” z książką Michała Szafrańskiego — Finansowy Ninja.

W poprzednich wpisach nie do końca zgadzałem się z opisywanymi korzyściami z automatyzacji finansów (rozdziały pierwszy i drugi), z pewnymi wyliczeniami i metodami prowadzenia budżetu domowego (rozdziały trzeci i czwarty), jak również z być może sprzecznym / być może nie podejściem do drobnych oszczędności (rozdziały piąty i szósty). Gorąco zapraszam do zapoznania się z wszystkimi częściami, jak również do przeczytania książki. Mając za sobą całość, jak najbardziej mogę ją polecić*. <– tę gwiazdkę powinienem jednak wyjaśnić w bardziej ogólnej recenzji, która pewnie prędzej-czy-później się tu pojawi.

No a teraz do rzeczy.

Zanim jednak przejdę do rozdziału dziewiątego, jeszcze tylko kilka akapitów dla pozostałych trzech.

Mam nadzieję, że było to widać po poprzednich artykułach z tej serii, ale dla porządku powtórzę — ta polemika nie ma być na siłę i nie chcę się czepiać. Dlatego rozdziały siódmy, ósmy i dziesiąty zasługują najwyżej na jeden akapit każdy — bo w zasadzie w całości się z nimi zgadzam.

Kupowanie mieszkania. Tu nawet nie mam prawa się wypowiadać, bo doświadczenie mam praktycznie żadne. W konflikcie „zakup czy wynajem” jestem w obozie wynajmujących. Do tej pory mi się to sprawdziło — brak zobowiązania w postaci kredytu plus bufor oszczędności zdecydowanie ograniczyły mi poziom stresu przy zmianie pracy. Fakt, że wynajem jest stosunkowo mało zobowiązujący pozwala mi z większą swobodą planować *dość prawdopodobną* przeprowadzkę. Polecam ten styl życia :). Ale jeżeli będę w przyszłości kupował mieszkanie, to na pewno wrócę do tego rozdziału.

Zarabianie pieniędzy. Promując książkę, Michał wspominał że około 30% to nieco przeredagowany materiał z bloga, a reszta to same nowości. Mam wrażenie, że większość z tych 30% znajduje się właśnie w tym rozdziale. Podobne treści znajdziecie na przykład tutaj.

Inwestowanie pieniędzy. To, że ten rozdział jest na samym końcu pokazuje, jak dobrze przemyślana jest ta książka. Inwestowaniem bowiem — i tu jak najbardziej zgadzam się z Michałem — powinniśmy zająć się na końcu, gdy mamy już resztę rzeczy ogarnięte. Mamy w miarę stabilną sytuację finansową, fundusz awaryjny/bezpieczeństwa dający nam odpowiedni bufor, i generalnie potrafimy liczyć własne pieniądze. Tutaj pełna zgoda.

Ale ta „optymalizacja podatkowa” — o rany! Od czego by tu zacząć?

Może od tego, że nie zgadzam się ze stawianiem znaku równości między umiejętnością unikania podatków a zaradnością:

W Polsce podatek według tego progu [32%] płaci zaledwie 2,7% podatników PIT. Czy to dowód na to, że jesteśmy biednymi ludźmi? Absolutnie nie! To dowód, że jesteśmy narodem wyjątkowo zaradnym (…) (s. 444)

To bardzo trumpowskie.

trump

Ostatnie, czego świat w tej chwili potrzebuje, to więcej cynicznych cwaniaków, którzy przechwalają się jak to oszukali system.

W podobny sposób nie zgadzam się na zrównywanie podatków z haraczem czy kradzieżą naszych pieniędzy:

(…) państwo tak czy siak znajdzie pieniądze dla emerytów. Finansowy ninja nie ułatwia jednak tego zadania. Woli zadbać o to, by jak najwięcej pieniędzy zostało w jego kieszeni, niż płacić haracz na rzecz państwa. (s. 477)

Państwo jakoś sobie poradzi. Emeryci jakoś sobie poradzą. Najważniejsze, by jak najwięcej zostało dla mnie — to nie jest coś, pod czym mógłbym się podpisać.

Totalnie nie rozumiem takiego stawiania sprawy. Zresztą, Michał idzie dalej:

Jeżeli masz wrażenie, że zachęcam do działalności wywrotowej i łamania umowy pokoleniowej, na której opiera się funkcjonowanie obecnego systemu emerytalnego, to masz rację – tak w istocie jest. (s. 477)

Nie wiem, nie rozumiem, nie potrafię się z tym utożsamić. To wszystko wydaje mi się strasznie egoistyczne — niech zostaje jak najwięcej dla nas, a jak najmniej dla bezosobowego „państwa”. Zupełnie zapominając, że w znakomitej większości przypadków to państwo ufundowało nam edukację, drogi po których codziennie jeździmy do pracy, dotuje transport publiczny, z którego często korzystamy, zapewnia bezpieczeństwo (wierzcie lub nie, ale moi zagraniczni znajomi jednogłośnie mówią, że w Polsce czują się bezpieczniej niż u siebie, np. w Stanach), itp.

Nie potrafię tak łatwo odrzucić umowy społecznej, na której *jakoś* opiera się dzisiejszy system emerytalny. To to tak jakby mówić własnym rodzicom i dziadkom, że nie będzie się dokładać do ich emerytur.

No i czy tylko ja widzę w tym samospełniająca się przepowiednię? Jakoś dziwnym trafem ludzie, którzy namawiają do unikania (pardon: optymalizacji) podatków, to te same osoby, które najgłośniej mówią o niewydolności dzisiejszego systemu emerytalnego, deficycie budżetowym i tak dalej.

Halo! Unikając płacenia podatków jeszcze bardziej wzmacniacie te negatywne zjawiska!

Rozróżnijmy jednak dwie rzeczy. Korzystanie z ulg, w zakresie w jakim zostały przewidziane, jest jak najbardziej OK. Jeżeli małżonkowie rozliczają PIT wspólnie, to nie ma w tym absolutnie nic złego. Tak w końcu została zaprojektowana ta swego rodzaju ulga.

Sprawa wygląda inaczej, gdy ktoś zaczyna kombinować jak by tu zapłacić jak najmniej — szukając przy tym najróżniejszych luk w prawie. Do takiej postawy w pewien sposób, niestety, zachęca Michał. I to jest coś, z czym kategorycznie się nie zgadzam.

W pewien sposób rozumiem, skąd taka postawia się bierze. Historię mamy jaką mamy, a tam „przechytrzanie” systemu było w zasadzie czymś w rodzaju cnoty. Stąd dziś stosunkowo duże społeczne przyzwolenie na „oszukiwanie” państwa. I postrzeganie relacji obywatel–państwo jako swego rodzaju grę, w której każda ze stron chce wyrwać dla siebie jak najwięcej, dając jednocześnie w zamian jak najmniej.

To postrzeganie jest wzmacniane przekonaniem, że podatki w Polsce są wysokie. Michał wzmacnia to przekonanie zanadto uproszczonymi przykładami:

Prosty przykład dla zobrazowania rzeczywistości: załóżmy, że wszystkie produkty, które kupujesz, obciążone są VAT-em w stawce 23% i że co miesiąc wydajesz wszystko, co zarabiasz. [i w tym miejscu wykres, mający zobrazować jak wysokie są nasze obciążenia podatkowe] (s.445)

Lwia część — ~24% — budżetu polskich gospodarstw domowych to żywność. Opodatkowana VAT-em w wysokości 5%. Powyższy przykład to zdecydowanie zbyt daleko idące uproszczenie służące tezie rozdziału.

Takich uproszczeń jest tam niestety więcej:

Wystarczy jednak wymienić umowę o pracę na umowę o dzieło, by w kieszeni zostawał 1 tys. zł co miesiąc — teraz i przez następne 30 lat. (s. 456)

„Wystarczy” pracować 30 lat na jednej z na podstawie jednej z najbardziej niestabilnych form zatrudnienia?

Nie potrafiłbym doradzić komuś pracy na umowę o dzieło przez 30 lat. Co z pewnością zatrudnienia? Budowaniem jakiejś stabilności życiowej? Dodatkowymi świadczeniami, urlopami, wolnym rodzicielskim itp.? Jak wiele można poświęcić tylko po to, by hajs się zgadzał?

Osobiście uważam, że nie do wszystkiego, co związane jest z pieniędzmi, należy podchodzić interesownie. I z kalkulatorem robić bilans zysków i strat.

Zarabiając 5000 zł brutto, odprowadzasz co miesiąc 1588 zł na ZUS po to, by za 30 lat otrzymywać 1500 zł brutto co miesiąc. Świetny interes, prawda? (s. 456)

Każdy, kto ma jakiekolwiek pojęcie o naszym systemie emerytalnym wie, że nie płacimy dziś na własne emerytury za X lat. Dziś płacimy na emerytury naszych rodziców i dziadków. A jutro nasze dzieci będą płaciły na nas. To właśnie ta umowa społeczna, którą z takim lekkim sercem Michał łamie i zachęca do tego innych.

Finansowy Ninja byłby dużo lepszą książką bez tego rozdziału.

Większość swoich dochodów osiągam z umowy o pracę. Nie unikam ZUS-u, nie unikam podatków. Podatek za 2015 rok jak zwykle rozliczałem według skali podatkowej i wpadłem w drugi próg. Z pewnością mógłbym to zoptymalizować i rozliczać się fakturami z moimi obecnymi pracodawcami.

Tylko po co miałbym dodatkowo kombinować? Dla tych kilkuset złotych więcej co miesiąc? „Zarobionych” na ściemnianiu i oszukiwaniu systemu? Na dokładaniu jak najmniej do wspólnej puli? Nie wiem czy czułbym się z tym dobrze.

Podobał Ci się ten artykuł? Bądź na bieżąco z nowościami na blogu