Na jakie oszczędności możesz sobie pozwolić? Budżet domowy w kryzysie [RAPORT WYDATKÓW 06/2015]

raport-wydatkow-06-2015

Ostatnie trzy miesiące były szalone.

Całą swoją karierę zawodową spędziłem w jednej firmie. Zaczynałem od ostatnich lat studiów, a w sumie wyszło tego trochę ponad osiem lat. 20 lutego 2015 roku ten etap się jednak zakończył, a zaczął się zupełnie nowy – i póki co wszystko wskazuje na to, że to rozdział jeszcze lepszy i ciekawszy.

To jednak nie jest wpis pod tytułem „skończył pracę na etacie i został zawodowym blogerem”, ani nawet  „zmienił etat na własną firmę”. Przecież u mnie było wręcz odwrotnie – „wrócił na etat – wrócił do bloga” :). Dlatego to tekst o tym, jak zmiana pracy namieszała mi w finansach i jak zarządzałem swoim budżetem w czasie, gdy byłem jeszcze „między karierami”.

Dlaczego znowu etat?

Gdy 20 lutego ostatni raz wychodziłem ze swojego poprzedniego biura, to od razu zacząłem zastanawiać się co dalej. I rany… ile scenariuszy chodziło mi wtedy po głowie… Może zrobić sobie przerwę i zafundować sobie prawdziwy gap year? Może zmienić branżę? A może to sygnał, by w końcu rozkręcić coś własnego? Albo stuprocentowo i zawodowo zaangażować się w Metafinanse?

Okazało się, że dostałem zupełnie inny sygnał. Dokładnie tego samego dnia, w którym opuszczałem swoje stare biuro, w Trójmieście pojawiła się oferta pracy, która miała w sobie wszystko, czego szukałem. A nawet jeszcze trochę ponad to.

Patrząc na to teraz z perspektywy kilku miesięcy, to podążenie za tą ofertą było świetną decyzją.

Finanse domowe podczas poszukiwania pracy: jak przetrwać bez wypłaty?

Ten temat zacząłem już w poprzednim tekście. Tam pisałem o tym, jak przygotować się finansowo do poszukiwania pracy. A co się dzieje z budżetem domowym w czasie, gdy nie masz stałego źródła utrzymania?

U mnie, szczęśliwie, ten czas nie trwał długo – niespełna miesiąc. Ale właściwie już od pierwszego dnia bez głównej pracy przełączyłem swój budżet w tryb kryzysowy. Co to oznaczało?

Wszędzie, lub niemal wszędzie, gdzie było to możliwe wprowadzałem oszczędności.

Jeżeli chodzi o codzienne dojazdy i poruszanie się po Trójmieście, to właściwie całkowicie zrezygnowałem z samochodu i przeprosiłem się z rowerem. Wyjątkiem były rozmowy rekrutacyjne, gdzie chciałem być w możliwie najlepszej formie.

Większe zakupy, które miałem zaplanowane na ten czas, bezterminowo odłożyłem. Szczęśliwie, chodziło o rzeczy, które nie kwalifikowały się jako niezbędny zakup.

Postarałem się też zadbać trochę o drugą stronę bilansu, czyli dodatkowe dochody. Udało mi się znaleźć zajęcie na ten „międzyczas”, które trochę podreperowało mój budżet.

Ale – pojawiły się też nowe wydatki. Po części spowodowane utratą pracy, a po części wynikające z ponoszenia kosztów związanych z aktywnym poszukiwaniem nowej. Nowy sprzęt biurowy, nieco większe rachunki za telefon, a przede wszystkim wyjazdy do Warszawy na rozmowy mocno zaciążyły na moim budżecie.

To, co było dla mnie najtrudniejsze, to pogodzenie się z tym, że przepalam pieniądze. W najlepszym przypadku budżet wychodził na zero i po prostu nic nie odkładałem – a w najgorszym wydawałbym więcej niż zarabiam.

Szczerze mówiąc, to nawet nie wiem, czy do końca się z tym pogodziłem. Ten jeden miesiąc, w którym nie miałem pewności co do swojego przyszłego zajęcia, zamknąłem mniej-więcej na zero. Nic nie zaoszczędziłem, ale też nie musiałem sięgać do oszczędności by sfinansować bieżące koszty życia.

Gdyby ten czas się przedłużył do kilku miesięcy, to już niemal na pewno musiałbym sięgać po środki z funduszu awaryjnego. A to byłoby już bolesne.

Otrzymałem zdecydowanie „łagodny wymiar kary”. Miałem jednak też plan na to, jak radzić sobie, gdyby ten okres bez głównego zajęcia się przedłużał. Plan ten obejmował parę rzeczy:

  • zmniejszenie lub pozbycie się większości abonamentów
  • likwidację karty kredytowej
  • przygotowywanie posiłków wyłącznie w domu – całkowita rezygnacja z jedzenia na mieście
  • ograniczenie wydatków na kulturę i rozrywkę (i pretekst do nadrobienia niedoczytanych książek czekających w kolejce na Kindle)
  • wystawienie kilku zalegających rzeczy na Allegro
  • przeprowadzkę w tańszą okolicę i być może wynajem pokoju zamiast całego mieszkania (kolejny plus mobilności, że w przeciwieństwie do raty kredytu, koszty są tu stosunkowo elastyczne)
  • i w ostateczności – sprzedaż samochodu

Taki był plan. Nie zdążyłem go jednak zrealizować – w pierwszym miesiącu tryb kryzysowy budżetu ograniczył się do:

  • niemal całkowitej rezygnacji z samochodu (miesięczna oszczędność rzędu 300 zł)
  • odłożenia zaplanowanych zakupów
  • poszukiwania źródeł dodatkowego dochodu poza główną pracą
  • odraczania konieczności korzystania z funduszu awaryjnego

To było najłatwiejsze do ścięcia i nie powodowało konieczności zrywania długotrwałych zobowiązań (abonamenty itp.) Odłożenie większych zakupów na później dało z kolei pewność, że w budżecie nie pojawią się żadne duże, jednorazowe wydatki. Bo te byłyby w tym okresie bardzo dużym obciążeniem.

Moje wydatki w czerwcu 2015

W większości wszystko wróciło już do normy. Co ma swoje dobre i złe strony. Znowu zdecydowanie za dużo wydaję na jedzenie, co jest dla mnie coraz większym problemem. Ale teraz, gdy sytuację zawodową mam już pod kontrolą, mogę skupić więcej sił na ponownym kontrolowaniu domowego budżetu.

Czerwiec 2015 w sumie:  4270,43 zł. Dla porównania – luty 2015, mój ostatni miesiąc pracy w poprzedniej firmie – 6562,16 zł. Tam jednak w grę wchodziły duże jednorazowe koszty.

Ale żeby nie robić z tego wyłącznie zestawienia suchych liczb, to obok tabelek przedstawię Wam mój plan kryzysowy. Czyli, jakby wyglądał (lub inaczej: jakby miał wyglądać) mój budżet, gdybym nadal pozostawał bez głównego źródła utrzymania.

201506-01

Postanowiłem nie zawieszać działalności gospodarczej – na wypadek, gdyby Metafinanse miały się nagle stać moim głównym źródłem dochodu.

Budżet kryzysowy: rezygnacja z usług księgowych i prowadzenie księgowości samodzielnie. Oszczędność: 196,80 zł.

201506-02

W czerwcu wróciłem do normy i niestety do złych nawyków. Wydatki na jedzenie są zdecydowanie do ścięcia – cel na lipiec to zejść poniżej 1000 zł.

Budżet kryzysowy: rezygnacja z posiłków na mieście. W naturalny sposób odpada również kategoria „jedzenia w pracy”. Jedzenie w domu powinno zamknąć się w kwocie do 800 zł. Oszczędność: 417,28 zł.

201506-03

Wydatki na telefon spadły o około 1/3 w porównaniu z okresem intensywnego korzystania w okresie poszukiwania pracy.

Ponadto teraz, gdy mam już na powrót stabilną sytuację finansową, mogę rozejrzeć się za tańszym abonamentem na internet stacjonarny. To plan na lipiec/sierpień.

Budżet kryzysowy: rezygnacja z internetu stacjonarnego + wykupienie dodatkowego pakietu internetu mobilnego. Oszczędność: 44,55 zł.

201506-04

Mieszkanie bez zmian.

Budżet kryzysowy: również prawdopodobnie bez zmian. Gdybym jednak był już całkowicie pod ścianą to na pewno rozważałbym rezygnację z wynajmu mieszkania i wynajem pokoju zamiast tego.

201506-05

Rozrywka raczej bez kontrowersji.

Budżet kryzysowy: ograniczenie wydatków na rozrywkę do maksymalnie 150 zł. Oszczędność: 457,04 zł.

201506-06

Latem do pracy dojeżdżam samochodem. Odległość do nowego biura jest nieco większa niż wcześniej, ale wydatki na paliwo utrzymuję na podobnym poziomie.

Budżet kryzysowy: nie ruszam samochodu. Tylko rower i komunikacja miejska. Oszczędność: 337,41.

201506-07

Okazyjne podróże trójmiejską SKMką i wieczorne powroty.

Budżet kryzysowy: taksówki odpadają, ale na pewno wzrosłyby wydatki na komunikację publiczną. Pewnie zamknąłbym się w podobnej kwocie.

201506-08

201506-09

Budżet kryzysowy: przeprowadzka do banków, które są wolne od wszelkich opłat. Rezygnacja z karty kredytowej. Oszczędność: 39 zł.

Pole do oszczędności jak najbardziej jest. Z tych 4270 zł na pewno da się urwać jeszcze jakieś 400-500 zł nawet nie przechodząc w tryb kryzysowy. A jak miałby wyglądać ten budżet, gdybym mimo wszystko miał nadal być w tym trybie?

Budżet w trybie kryzysowym

Oto podsumowanie cięć wydatków, które miałem w planach:

  • księgowość: 196,80 zł
  • jedzenie: 417,28 zł
  • internet: 44,55 zł
  • rozrywka: 457, 04 zł
  • samochód: 337,41 zł
  • opłaty i prowizje: 39,00 zł
  • RAZEM: 1492,08 zł

Prawie 1500 zł. Ścięcie obecnych wydatków o jedną trzecią (35%). Taki był plan. Oczywiście, jak to z planami bywa – ambicje swoją drogą, a realizacja swoją. Tym niemniej, te 1500 zł oszczędności i zbicie miesięcznych wydatków poniżej progu 3000 zł – to były jasne cele, do których dążyłem.

Okolice 3000 zł to nadal nie jest ten poziom wydatków, który mógłbym pokryć jedynie z „dodatkowych” dochodów. Ale ograniczenie się do tej kwoty zdecydowanie wydłużyłoby czas, na jaki pozwalałoby mi korzystanie z funduszu awaryjnego i zgromadzonych oszczędności.

Taki plan zdecydowanie warto mieć. Co powiesz zatem na małą pracę domową?

Przejrzyj swój budżet domowy w podobny sposób. Gdzie możesz dokonać cięć i w jakiej wysokości? Pamiętaj, aby Twoje cele były ambitne, ale jednocześnie nie na tyle by były poza Twoim zasięgiem. Chodzi o realne oszacowanie na jakie oszczędności możesz sobie pozwolić – przy pewnym wysiłku i poświęceniach.

Podziel się swoim wynikiem w komentarzu – jaki procent swojego obecnego budżetu mógłbyś uciąć w przypadku pogorszenia swojej sytuacji finansowej?

Oby ta wiedza się nigdy nie przydała! – jednak jak najbardziej warto mieć świadomość tego, jaki margines bezpieczeństwa masz swoim miesięcznym budżecie.

Bonus: wydatki w Nowym Jorku

Część szkolenia w nowej pracy odbywałem w Nowym Jorku. I – O RANY JAK TAM DROGO! I nie dość, że drogo, to wszystkie ceny podają netto. Czyli tak, jakbyśmy u nas na półkach sklepowych wszystkie kwoty widzieli bez VATu, a 23% musielibyśmy doliczać sobie w pamięci. Tam trzeba sobie samodzielnie doliczać nowojorski sales tax.

Dziwny zwyczaj.

Wizę, lot, zakwaterowanie i część posiłków miałem opłacone. Za jedzenie poza pracą i wszystkie atrakcje naturalnie musiałem płacić sam. Podszedłem do tego tak, że to prawdopodobnie jedyna taka okazja w życiu, więc nie ma co oszczędzać – trzeba zobaczyć i doświadczyć jak najwięcej, bez względu na koszt.

No i trochę się tego nazbierało – łącznie przez tydzień 1785,21 zł.

Było drogo. W okolicach Times Square, gdzie miałem hotel i biuro, ceny były najwyższe jakie mogły tylko być. Śniadanie za $10 uchodzi tam za tanie.

Poza tym? Jednorazowy bilet na metro to $3. Można co nieco zaoszczędzić kupując Metro Card i kilka biletów w pakiecie – ale przy małych pakietach oszczędność jest niewielka. Bilet do kina – $22. Na koncert – $50. Wejście na piętro obserwacyjne w Empire State Building – ponad $30. Wpisowe na bieg miejski w Central Parku – $40.

Do tego cała masa jedzenia z najróżniejszych kuchni świata (jeżeli chodzi o jedzenie, to na Manhattanie jest ogromna różnorodność), pamiątki i inne drobiazgi.

Wyszła z tego stosunkowo wysoka kwota. Ale warto było! Choćby dla koszulki i numeru startowego z oficjalnego biegu miejskiego w Central Parku:

WP_20150426_09_33_27_Raw__highres

Lub dla tego zdjęcia z 86. piętra Empire State Building:

DSC06567

I dla wszystkich innych doświadczeń, które z tej podróży wyniosłem. Trochę mnie to wszystko kosztowało, ale było warto. I, gdy o tym pomyśleć, to chyba właśnie o to chodzi w zarządzaniu własnymi finansami.

By wydawać pieniądze na to, co jest tego warte. I bezwzględnie ciąć wszystko inne.

Zgadzasz się? Zapraszam do dyskusji w komentarzach!

Opublikowano [post_date]

Podobał Ci się ten artykuł? Bądź na bieżąco z nowościami na blogu